T-rex!
Skup się, bo nie będę powtarzać.
Mój komentarz z ekranu nie wspomina o Tobie, Twoich relacjach małżeńskich, fantazjach czy co byś tam jeszcze sobie życzył. Nawet jednym słowem. I musisz mi uwierzyć: one mnie naprawdę nie interesują, jak bum cyk cyk.
Mój post, który komentujesz tam u mnie nieprzerwanie już drugi dzień kontynuuje Twoją, podkreślam – Twoją, analogię: jeżeliżona ma prawo oczekiwać od męża, żeby dawał z siebie więcej niż tylko przysięgę przed ołtarzem, tokatolik ma prawo oczekiwać od księdza, żeby był porywający, oryginalny nienudny czy co tam jeszcze a nie tylko wyświęcony. Taka była Twoja, podkreślam – Twoja, linia rozumowania.
Ja to rozwijam (zamieniając tylko żonę z mężem dla dopasowania do męskiego adresata), tzn. wychodzę z założenia, że mogę podstawić w miejsce komponentów układu mąż - żona, podsuniętego przez Ciebie jako człon proponowanej analogii, komponenty pierwszej pary tego porównania czyli zestawu hierarchia Kościoła – katolik, który poprowadził Cię (kto wie, dlaczego, kto wie?) do zaproponowania małżeńskiego porównania. Mogę, prawda? Zgadza się? Myślenie Twoje było takie: mogę chyba wymagać od księdza, by nie był nudny a nie tylko zadowalać się samym jego wyświęceniem, tak jak żona ma prawo domagać się od męża więcej niż tylko obrączki.
Otóż kuchnia tego mojego komentu wygląda tak:
Podstawiam człony analogii, eksponując jej źródło: wspólnotę życia, głębokie zaangażowanie. Na razie jest okej, prawda? Zgodnie z prawidłami, prawda? Bo jeżeli proponujesz jakąkolwiek analogię, to mam prawo sądzić, że źródło wziąłeś pod uwagę, że wziąłeś pod uwagę „to-trzecie-które-jest-częścią-wspólną”, i które umożliwia wszelkie analogizowanie, porównywanie, a nawet metafory. W tym przypadku będzie to właśnie wspólnota życia i głębokie zaangażowanie. Bo co innego? Na nic innego nie wpadłam.
Podchwytuję więcz dobrą wiarą*, co mówisz i rozwijam to przypuszczając, iż, wiesz, co mówisz**. Że jak mówisz, to wiesz. Czyli że nie możesz porównywać swego oczekiwania atrakcyjności od księży do oczekiwania atrakcyjności od męża przez żonę, jeżeli w życie kościoła nie jesteś zaangażowany tak, by można było intensywność tego zaangażowania przyrównać do intensywności zaangażowania męża i żony. Więc piszę tak:
T-rex!
Nie jesteś biskupem, o ile czegoś nie przeoczyłam. Ani nawet księdzem. Dlatego zainteresowało mnie Twoje porównanie swojego uczestnictwa w Kościele do życia w małżeństwie, bo to znaczy, że mimo iż nie przynależysz do hierarchii, jesteś jednak głęboko zaangażowany i życie Kościoła jest Twoim życiem. To bardzo dobrze. Rozumiem zatem, że jeżeli finansujesz – w miarę swych możliwości rzecz jasna – swoje lokalne seminarium, dzieła miłosierdzia przy parafii, dorzucasz się regularnie do remontów i odpalasz kasę dla misjonarzy, że o tacy nie wspomnę; że przy tym wszystkim modlisz się żarliwie za Papieża, Twojego biskupa, misje, prześladowanych chrześcijan i powołania, to musi Ci być ciężko codziennie sobie uświadamiać, że oni wszyscy – i ci biskupi, i księża, i te bezkrwiste zakonnice, a pewnie nawet i Papież w jakimś tam stopniu – że oni wszyscy, jak mówię, są tacy w sumie daremni, bez jaj, energii i inicjatyw. Że Ty dajesz Kościołowi całe Twoje życie – świeckie przecież, naznaczone tyloma ważnymi obowiązkami – a oni nie tylko nie umieją tego wykorzystać, ale nawet nie chce im się podnieść własnej gorliwości i zaangażowania przez dajmy na to samokształcenie, większą dbałość o wymowę czy nawet piękno codziennej liturgii. Wyobrażam sobie, że nudna żona – kontynuuję tu Twoje trafne porównanie – to musi być prawdziwy kłopot.
Ale odwagi, T-rex. Jest w tym wszystkim Chrystus, który widzi Twoją służbę. Kto wie, może powoła Twoich synów, a oni staną się świętymi kapłanami, kto wie? No i przede wszystkim On ciągle jeszcze kieruje Kościołem, co wiesz z pewnością lepiej ode mnie. Niby trudno zrozumieć, dlaczego pozwala na tę całą nędzę, ale tak naprawdę jest w tym tylko trudność pozorna. Wystarczy sobie tylko przypomnieć, że On, będąc Bogiem, z własnej woli stał się człowiekiem. A więc wszystkie ludzkie nędze i ograniczenia podniósł, uświęcił i potwierdził, że im błogosławi. Zamiast zrobić jedną czystkę i przepalić ten cały syf w ogniu swego gniewu – pobłogosławił ludziom. Z nich też spodobało mu się uczynić widzialny dla wszystkich pokoleń znak swojego zbawienia, czyli Kościół. Utwierdził go na fundamencie Apostołów, którzy chyba do końca za Jego ziemskiego życia nie rozumieli, o co w tym wszystkim chodzi, a spod krzyża uciekli. A więc wybrał to, co głupie i nędzne w oczach świata, żeby ten świat zawstydzić. Robi wrażenie, prawda.
Raczej niezręcznie byłoby słuchać, gdyby jakiś facet publicznie zaczął jojczyć, że jego żona (kontynuuję Twoje trafne porównanie) to taka straszna nudziara i że on z tego wszystkiego już woli słuchać jak inne laski gadają po niemiecku, bo od tych jej zawodzeń to zgłupieć można. Już prędzej można by takie smęty odpuścić teściowej dziewczyny, ale mężowi to po prostu nie uchodzi.
Chyba, że żaliłby się w podobnym tonie jakiś obcy, no ale to już – jak się w takich wypadkach mówi – zupełnie inna historia.
No więc, T-rex, ja Cię teraz proszę drugi raz, po dwóch Twoich ostatnich obszernych refleksjach pod tym wpisem i już nie przez pocztę wewnętrzną: Ty nie pisz do mnie na nowy Ekran, bo ja Ci tam odpowiadała nie będę. Odpowiem tu (i pojadę Coryllusem):
To, co tam zapodajesz, to są dylematy z marynaty.
Trzeci raz nie poproszę, tylko wykasuję Twoje komenty.
Wprawdzie mój blog na ekranie jest martwy, ale, zauważ, notki nie zwinęłam, zostawiłam ją, bo mam w niej do powiedzenia rzeczy dla mnie ważne, a w kontekście tego, co dzieje się w związku z ekranem – bardzo ważne. Dla mnie. I nie zasypuj mi tego Twoimi przemyśleniami o księżach.
Nie chcę, byś korzystając z mojego milczenia, zamieszczał na mojej stronie te uwagi o Kościele, które tam zamieszczasz, bo – wybacz – ich głębia i świeżość paraliżuje me zmysły i czyni niezdolną do wytężonej pracy intelektualnej na długie godziny. Po prostu nie mogę się otrząsnąć z otchłannej zawrotności tej problematyki, którą tam u mnie poruszasz i świat ponosi z tego tytułu ciężkie straty.
Jak już musisz, pisz tu. Ja to wytrzymam. Ale, powtarzam, tu, bo tym samym dajesz mi przynajmniej prawo głosu. Tam wrzucasz mi po prostu do chaty rzeczy, których ja u siebie mieć nie chcę. Może gdybym miała 16 lat, to bym się przejęła i próbowała dyskutować. Ale ja przekroczyłam trzydziestkę i ciągle przyspieszam. Każdy następny głęboki Twój komentarz tego typu u mnie na nE(o Kościele, a nawet o tym czymś zwanym "trzecią drogą") wytnę. Mówię poważnie.
Pozdro.
-----------
*Której oczywiście nie ma we mnie nawet na paznokieć, ale to już pozostawiam do wykrycia łaskawemu czytelnikowi.
**Naturalnie, domyślam się, że nie wiesz.

* *Są siły zła, ale są siły dobra, których potęgi nawet nie potrafimy się domyślić. Dziś nieme, nieaktywne, potrafią pokazać swoją moc wtedy, kiedy się najmniej spodziewamy (Rolex, 20 X 10)* *
Stand, Men of the West! Stand and wait! This is the hour of doom.

AmAn nie żyje, słyszałaś?