Treść listu wigilijnego długo pozostawała niejasna i o jej znaczenie zapytał wreszcie starego już Ingardena jego własny syn. Skąd takie słowa. Do czego się odnoszą. Kogo dotyczą. Jaka czarodziejska moc. Jaka możność stworzenia pełni życia i komu? Trudno by to wszystko zrozumieć – pisał Roman Stanisław Ingarden – gdyby nie wyjaśnienia, które dał mi Ojciec ustnie, niedługo przed swoją śmiercią, w jednej z naszych rozmów we Wrocławiu. Powiedział: „Panna Stein kochała się w swoim nauczycielu Reinachu! Jego śmierć na froncie była największą tragedią jej życia.”
Jeśli pisząc, że sens tego listu długo pozostawał niezrozumiały, zasugerowałam tym samym, że taki stan rzeczy należy już do przeszłości, proszę o wyrozumiałość. Osobiście nadal nic z niego nie rozumiem. Podsunięto tu najwyżej jakiś mglisty kontekst czy trop, który szybko się urywa. Albo ojciec nie wszystko powiedział synowi, co by mnie akurat wcale nie dziwiło, albo syn nie wszystkim podzielił się z nami. Dodam od razu, że ani trochę mnie to nie martwi, a w każdym razie nie na tyle, żeby odczuwać jakiś żal w stosunku do któregokolwiek z Ingardenów. Nic podobnego. Równie słusznie mogłabym mieć w tym względzie pretensje do Edith, a nie mam żadnych. Przeciwnie – nawet wolę tę swoją niewiedzę. Secretum meum mihi, ostrzeże wkrótce Fräulein Stein swoją przyjaciółkę i przyszłą matkę chrzestną, Hedwig Conrad-Martius, gdy ta zbyt natarczywie będzie oczekiwać od niej odpowiedzi, dlaczego, przyjmując chrześcijaństwo, przystępuje właśnie do Kościoła rzymskiego. Właśnie tak. Tajemnica moja jest dla mnie.
Trudno powiedzieć, z jakiej perspektywy Ingarden patrzył na tamto wydarzenie, kiedy objaśniał syna o największej tragedii w życiu Panny Stein, a to akurat ciekawi mnie bardzo. Czy miał na myśli t a m t o jej pojmowanie własnego życia, aktualne w listopadzie 1917 roku, gdy dowiedzieli się wspólnie z gazety „Frankfurter Zeitung”, że Reinach zginął na froncie we Flandrii, czy też może rozciągał to przekonanie na całą, wówczas już dopełnioną biografię swojej dawnej koleżanki, w której, wedle jego rozumienia, śmierć Reinacha miała rangę wydarzenia centralnego, najdonioślejszego spośród wszystkich faktów składających się na ten życiorys. Bardzo chciałabym to wiedzieć. Jak by jednak nie było, Edith, w czasach swojej uniwersyteckiej młodości – a świadczą o tym dostatecznie jej własne wspomnienia – była głęboko zafascynowana swoim nauczycielem z Getyngi. Tę fascynację dzieliła zresztą ze wszystkimi uczestnikami jego seminarium.
Po przybyciu do Getyngi idzie się najpierw do Reinacha, a on załatwia resztę – usłyszała jeszcze we Wrocławiu. Dr Adolf Reinach, nieetatowy docent filozofii, niedawno habilitowany uczeń Husserla, był jego prawą ręką w kontaktach ze studentami i cieszył się pośród nich najgłębszym respektem i zaufaniem. Ingarden zanotował w pierwszych latach swoich studiów, że jego wykłady były najprzystępniejsze, a zarazem bardzo błyskotliwe: Był on znakomitym nauczycielem panującym nad zagadnieniami, świetnie rozumiejący swoich uczniów i umiejący znaleźć zawsze jakąś jasną odpowiedź na stawiane mu kwestie. Gdy po studiach we Wrocławiu Edith przybyła do Getyngi, Reinach miał 30 lat, mieszkał w domu położonym na samym krańcu miasta, przy Steinsgraben 28 wraz z niedawno poślubioną żoną Anną („o sarnich ruchach”) i starszą siostrą, Pauliną. Od nich wszystkich doznała wielkiej serdeczności, którą wspominać będzie do końca życia.
Mało jest wdzięczniejszych obiektów żartów niż dziewczyna uwielbiająca swego nauczyciela, a wszędzie wokół aż się roi od bardzo dowcipnych ludzi. Anegdota, którą w związku z tym zanotowała Edith, zawsze mnie śmieszyła, więc przytaczam ją ku uciesze powszechnej. Otóż w czasie ferii zimowych 1915 r., Paulina zawiadomiła przyjaciółkę, że jej brat, przebywający na froncie, otrzymał właśnie urlop i wszystkim będzie miło, gdy Panna Stein przyjedzie na jego urodziny (23 grudnia). Edith, uzyskawszy zgodę matki, przybyła do Getyngi w przeddzień uroczystości i wybrała się na spacer wraz ze swą koleżanką, Eriką Gothe, która również zaproszona na urodziny Reinacha, podobnie zjechała do miasta.
Na przechadzce dziewczęta spotkały spacerujących wspólnie Reinachów i Husserlów. Nastąpiło krótkie uprzejme powitanie, po czym Husserl z uśmiechem zwrócił się ni to do Edith, ni do całej kompanii – Panna Stein przyjechała tu t y l k o z powodu pana Reinacha. (Edith zanotowała później: Był przekonany, że przybyłam z powodu mej pracy doktorskiej i wcale nie przypuszczał jak dalece jego żart wyrażał prawdę.) Na to rozpromieniła się dzielna pani Malwina Husserl, natychmiast zwracając się do Eriki (Jej głos - wspomina w innymi miejscu Edith - brzmiał trochę ostro i twardo i tak, jakby się chciała człowiekowi dobrać do skóry)– Panna Gothe przybyła tu również w y ł ą c z n i e ze względu na pana Reinacha. Teraz znowu Mistrz – A co na to powie pan Reinach? – Jestem niezmiernie zażenowany - odpowiedział skromnie Reinach. Wówczas nastąpił punkt kulminacyjny w wykonaniu pani Malwiny – A p a n i Reinach, co na to?
I wtedy, z samego środka tego zamętu, w uszach skonfundowanych dziewcząt zadźwięczał (to opis samej Edith) czysty szwabski dialekt pani Reinachowej: "O tak! Ja zapewne mogę to zrozumieć najlepiej". Urok został przełamany. Towarzystwo wdzięcznie się pożegnało, choć obie z Eriką wracały nieco przybite niedelikatnym żartem, którym je uraczyli Husserlowie. Przykre wrażenie trwało jednak tylko przez chwilę, zanim nie dogonił ich tupot bucików pani Anny, która przybiegła, by zaprosić uczennice swego męża jeszcze tego wieczoru do domu. Jej zachwycająco naturalna serdeczność – pisała Edith – i nieomylność uczucia, dorastającego do każdej sytuacji, rozproszyły przygnębienie.
<b>CDN</b>

Źródła:
R. S. Ingarden, Z dokumentów rodzinnych i wspomnień o ojcu, [w:] Spór o prawdę istnienia. Listy Edith Stein do Romana Ingardena, Warszawa 1994.
Św. Teresa Benedykta od Krzyża (Edyta Stein),Pisma, przeł. J. I. Adamska OCD, t. I-III, Kraków 2000.

This is the hour of doom." 

komentarze (33) skomentuj